czwartek, 16 kwietnia 2015

12 prac Herkulesa





Oczywiście, że musiałam sprawdzić, ile tych prac Herkules miał.
Już niewiele mi brakuje. Przedwczoraj dostałam swoją czwartą pracę w Melbourne.


Zadanie 1.
Magda dostaje średnio dwie prace na miesiąc. Oblicz ile w ciągu roku zdobędzie prac?

Obliczenia:






Odpowiedź:



Zacznijmy od początku :)


PRACA NUMEREK ONE



Jesteś mój numerek one...ooo....jesteś mój numerek one....



Ok. do rzeczy.





To jest hostel. To jest recepcja. To ja. Pracowałam tu miesiąc w zamian za nocleg. No money, sorry. Jak do tego doszło, że się w tym hostelu znalazłam, to już Wam pisałam, więc pisać więcej nie będę. Ale musicie wiedzieć, że pomimo całego narzekania na hostel, jego zarządzanie, managerów itd. to spędziłam w nim naprawdę miło czas. Oczywiście po 2 miesiącach mieszkania w tym miejscu stajesz się buntownikiem i wszystkim wokoło opowiadasz, jak tu jest źle, ale zalety są i to duże, zwłaszcza jak się samemu przyjeżdża na drugi koniec świata.

Poznajesz ludzi!

Różnych, różnistych. Backpackerzy z całego świata zjeżdżają się, aby w kuchni spotkać się przy wspólnym posiłku. Nagle się okazuje, że takich dziwolągów jak ty jest więcej. I większość z nich też przyjechała sama z plecakiem z dalekiego kraju. Czujesz się normalny :) Albo nie. Ja się czuję :)

Wiecie, irytuje mnie jak wielu ludzi mój wyjazd komentuje: "No i widzisz Magda. To jest Polska. Wykształceni po studiach wyjeżdżają. Nie ma co zostawać". Po pierwsze, przecież mój wyjazd nie ma na celu emigracji na stałe. To jest podróż. A żeby podróżować trzeba na to zarobić. A że łatwiej jest zarobić na zobaczenie całej Australii dookoła w samej Australii to zarabiam tu :)

Poza tym, Australia jest pełna backpackerów z zachodniej Europy. Mój hostel jest przepełniony głównie Anglikami, Niemcami, Francuzami i Holendrami. I co oni tu robią?
A stoją na zmywaku, pakują produkty w torby w supermarkecie, zbierają w imieniu greenpeace pieniądze na ulicy, noszą meble, chodzą po domach i wciskają ludziom panele słoneczne lub warzywa od farmerów albo namawiają na korzystanie z lewych usług dentystycznych :-) O albo sprzątają hostel w zamian za nocleg :) Pamiętam jak jeden Anglik cieszył się jak głupi, jak dostał pracę przy myciu podłóg w galerii handlowej :)

Żadna praca nie hańbi!

Różnica jest taka, że to głównie bardzo młodzi ludzie zaraz po liceum. Ja tu należę do starszyzny :) U nas nikt nie myśli po maturze wyjechać na gap year. Wszyscy szybką pchają się na studia.

I ja patrzę na tych Niemców i Anglików i im normalnie zazdroszczę i życzę młodym Polakom takich gap yearów :) To jest takie super doświadczenie. Po roku robienia różnych prostych prac, mieszkania w słabych warunkach, ale równocześnie podróżowania, poznawania ludzi, uczenia się języka, zupełnie inaczej patrzy się na swoją przyszłość, preferencje co do wyboru studiów itd. Oni wracają pewniejsi siebie, wybierając z większą świadomością kierunek studiów. Zazdroszczę im :)

Powiecie, że im jest łatwiej, bo mają pieniądze i rodzice 19-latka mogą mu zapłacić za wyjazd do Australii, a w Polsce to nie. Ale Boże nie trzeba od razu jechać do Australii. A ilu jest ludzi, którzy prosto po maturze jadą na rok do pracy na zmywaku do Francji, Norwegii czy gdzieś? MAAAAŁO. A mogliby! Ile by się nauczyli...

<tu nastąpiła Wielka Inspiracja i Wielka Dekoncentracja>


O tym jakich ciekawych ludzi w tym hostelu poznałam, pewnie jeszcze napiszę :)

Wróćmy do głównego tematu, czyli pracy.


.....


Wracając do tematu pracy, znowu musimy wrócić do tematu poznawania ludzi :)

Pewnego pięknego dnia poznałam super Kerstin z Niemiec, która szybko stała się moją ulubioną hostelową koleżanką.

A wiecie, co wracając do życia w hostelu, to wszyscy tu maksymalnie oszczędzają pieniądze, żeby jak najdłużej podróżować i jak najwięcej zobaczyć. Dlatego jednym z naszych żywieniowych zwyczajów jest dzielenie się posiłkiem :) Czytaj: jak ci zostaje makaron na talerzu to oddajesz go komuś, żeby dojadł. Bo po co marnować jedzenie? Kiedyś z jedną Holenderką zrobiłyśmy niezbyt dobry makaron z tym, co miałyśmy w lodówce: sos pomidorowy, który okazał się zupą i tuńczyk. Każda z nas zjadła połowę makaronu ze swojego talerza, no żal wyrzucać! Na przeciwko siedziały dwie smutne Niemki, które sierotki w porze obiadowej jadły musli. Oddałyśmy więc Niemkom nasze jedzenie, które wesoło zaczęły konsumować nasz obiad, nie narzekając na jego obrzydliwy smak.

Tak Polka karmi Niemkę. Jak to moja mama skomentowała: "Hitler się w grobie przewraca" :D

No a teraz wracając do Kerstin - to taka Niemka, która z powyższego maminego żartu uśmiałaby się do łez :)


PRACA NUMEREK DWA


I ona znalazła mi pierwszą płatną pracę w Australii. Mieszkała wcześniej w innym hostelu, gdzie na tablicy zobaczyła ogłoszenie, że szukają ludzi do pracy przy Moomba Festival, czyli w wielkim wesołym miasteczku rozstawionym na weekend prawie w centrum miasta. Pracowałam tam 3 dni i była to jedna z najnudniejszych prac mojego życia ;)

Pamiętacie z amerykańskich filmów takie zabawy, gdzie np. chłopak zabierał dziewczynę do wesołego miasteczka, tam ustrzeliwał jej największego miśka, ona ucieszona i zakochana wdzięczna go pocałowała. Ja właśnie obsługiwałam jedną z takich gier, tylko nie było strzelnicy, a były pływające kaczuszki, które dzieci wyławiały i mogły wygrać nagrodę.


Lucky Ducky




Oczywiście gra była jedną wielką lipą i żeby wygrać największego miśka, trzeba było zapłacić takie pieniądze, że Chińczycy za te pieniądze produkują 500 miśków. Czasami dzieci płakały, a rodzice się oburzali, ale głównie wszyscy się dobrze bawili - kaczuszki pływały dookoła, dzieci się śmiały, rodzice robili im zdjęcia. Do obsługiwania takiej gry wystarczyłyby 3 osoby, a my stałyśmy tam w 5  i uwierzcie mi...było taaaaaak nudnooooo. Zwłaszcza w sobotę do wieczora, kiedy było mało ludzi, jedyną atrakcją było...łapanie kaczek oraz co godzinę liczenie ile już się zarobiło, w dolarach, euro i złotówkach.

Za godzinę dawali nam 15 dolarów (australijskich)

Aktualna wartość dolara australijskiego: 2,9267

W przeliczeniu na złotówki to duże pieniądze, jak na warunki australijskie to dosyć mało. Generalnie minimalna stawka godzinowa w Victorii, czyli stanie, w którym znajduje się Melbourne to ok. 17$.


Zadanie 2

Magda przepracowała w swojej nudnej pracy ok. 25 godzin (dokładnie nie pamięta). Jej zaniżona stawka godzinowa wynosiła 15$. Oblicz, ile rumuńskich lejów zarobiła Magda.

Obliczenia:




Odpowiedź:



W mojej trzeciej pracy robiłam żyrandole, a wczoraj zostałam barmanką! Niedługo napiszę Wam więcej!

Poza tym za tydzień wyprowadzam się z hostelu!!! Pewnego wieczora wracam do pokoju hostelowego i myślę sobie: "Kurde co tak śmierdzi???!!!". W ten sposób, swoim odorem moja nowa współlokatorka zmotywowała mnie do szukania pokoju do wynajęcia. I szybko znalazłam, po prostu idealny domek, jaki chciałam, z drzewkiem cytrynowym w ogródku. Tak się cieszę :)))) Napiszę potem więcej!

CZEŚĆ








niedziela, 29 marca 2015

Szalony ten czas!


Bo tak szybko leci. Nie wiadomo kiedy minęły prawie 3 tygodnie, odkąd poczytaliście o magicznym paszporcie. Mam nadzieję, że wybaczycie mi tę opieszałość i jeszcze kiedyś zajrzycie na bloga. Ha! Skoro to czytasz, to znaczy, że jednak jesteś ciekaw co nowego na Antypodach. Biorę się więc do roboty!




Jak pamiętacie, miesiąc temu wprowadziłam się do hostelu. I tak siedzę tu do tej pory :)


Zaczęło się od tego, że chodziłam po mieście rozdając cv po różnych hostelach. Do tego hostelu akurat nie poszłam, bo nie wiedziałam o jego istnieniu. Pewna napotkana hiszpańska fizjoterapeutka z Francji uświadomiła mnie, że jest jeszcze jeden taki hostel, gdzie mogłabym wysłać resume.

(Ciekawostka: francusko-brzmiące pojęcie resumé, nie istnieje we Francji, a może istnieje, ale oznaczając coś zupełnie innego :) )

Tym razem wysłałam cv mailem i już następnego dnia, argentyński manager hostelu do mnie napisał, że mogę pracować w zamian za nocleg. Propozycję przyjęłam, 2 dni później pojawiłam się już ze wszystkimi klamotami w recepcji i poznałam się z managerem, który przywitał mnie niezwykle optymistycznie mówiąc: "Ten hostel jest inny niż te, w których dotychczas pracowałaś. To jest gówniany hostel." Przeczytawszy wcześniej recenzje na Hostel World, nie byłam w stanie mu zaprzeczyć lub przynajmniej okazać minimalnej dawki niedowierzenia. Na pierwszy rzut oka widać, że jedyne pozytywne opinie są wyredagowane przez nich samych... i te ich odpowedzi:

"To najgorszy hostel w jakim kiedykolwiek nocowałam! Pociągając za sznurek w celu włączenia wentylatora, ten oderwał się od ściany i spadł mi na głowę" (Jenny, 20 lat)

"Ale za to miałaś darmowy makaron, ryż i pancake mix!" (Nomads All Nations Hostel)

Po zamieszkaniu w hostelu i pierwszych dniach pracy na recepcji, doszłam do wniosku, że sam hostel wcale nie jest taki syfiasty, jak myślałam, że będzie. Spałam już w o wiele gorszych i brudniejszych  hostelach, gdzie minimalny skrawek zasłonki prysznicowej obleśnie się przyklejał do mokrego uda. Albo ten hostel w Sarajewie, który wyglądał, jakby 5 minut wcześniej był zbombardowany.... 

- Hostel ma dobrą lokalizację - w samym centrum miasta, tzw. CBD. 
- Jest duży i jest w stanie pomieścić mnóstwo backpackerów
- Ma bar i może robić fajne imprezy
- Dużo łazienek w całkiem niezłym stanie
- Niezłe ceny

Więc sam w sobie hostel gówniany nie jest, jak to powiedział manager. Gówniany to jest on sam ;) 
- Teraz na pewno skupiłam uwagę absowentów biznesowych wydziałów warszawskich uczelni - 
Ej serio, chyba za długo studiowałam to, co studiowałam, żeby wytrzymać taki styl zarządzania ;) 

Do pracy na recepcji zostałam dosłownie wrzucona bez żadnego przeszkolenia, a pracują na dość skomplikowanym systemie rezerwacyjnym. Nagle pojawia się jakiś czerwony komunikat, a ja nie jestem w stanie nic zrobić i lipa, nie mogę dalej check-inować. Zero kontroli. Przez miesiąc nawet nie mieli mojego numeru telefonu, nie znałam dokładnych cen - ciągle się zmieniały, za każdym razem gdy mówiłam komuś ile ma zapłacić to liczyłam na to, że gość będzie wiedział dokładnie ile powinien zapłacić, bo ja nie byłam pewna. Ktoś się pyta czy może wypożyczyć ręcznik: ja nic nie wiem o żadnych ręcznikach, pytam managera, a on mówi - tak tak, mamy, daj mu jeden za darmo. Następnym razem taka sama sytuacja z innym managerem - a tak, wypożycz mu, to kosztuje 4$. Wtf? Raz manager mi mówi, że zawsze mam wpisywać szczegółowe dane każdego przyjezdnego, a innym raz sam macha na to ręką i mówi: "fuck it, never mind". 

Oni mieli takie olewcze podejście, więc szybko się tym zaraziłam i już wszystko mi wisiało. Raz managera nie było, była masa ludzi do check-inu, a ja nie byłam w stanie nic zrobić, bo czegoś nie wiedziałam. W tym samym czasie druga recepcjonistka z wielką łaską mi pomaga, bo jej też wszystko wisi. Powiedziałam raz temu wspaniałemu managerowi, że nie może mnie tak zostawiać, kiedy jest poniedziałkowy wielki check-in, bo ja nie jestem w stanie wszystko zrobić, przez co ludzie muszą bardzo długo czekać.
Jego reakcja?
Następnego dnia zostałam mocno skrytykowana za moje zachowanie, bo spóźniłam się do pracy 3 minuty, a o 12.00 w południe musiałam odebrać ważny telefon. 

I obczajcie co się potem dzieje:

Jest tydzień później. Niedziela, 10 rano. Przychodzę na moją zmianę na recepcję, mijam super managera, radosnego (bo on zawsze się uśmiecha, nawet jak wszystko jest źle), który właśnie wychodzi z hostelu. Nikt nie wie gdzie poszedł, kiedy wróci, wszyscy są wkurzeni, bo miał być cały dzień.
Parę godzin później zaglądam na najnowszy grafik pracy recepcji na najbliższy tydzień, a tam????

....
....
...
...

MAGDA: CLEANING BAR MONDAY, WEDNESDAY 6 AM - 11 AM; GENERAL HOUSEKEEPING TUESDAY, SUNDAY - 10 AM - 15 AM.

???

Nikt nie powiedział ani słowa, a MONDAY to następny dzień. Mogłam wyjaśnić sprawę dzień później. Jak mi "wyjaśnili" : wcześniej potrzebowali recepcjonisty, teraz już mają ich za dużo, więc przenieśli mnie na cleaning position, żebym nie musiała płacić za nocleg. Och jacy oni wspaniałomyślni ;) "Tak tak, powinniśmy Ci powiedzieć wcześniej, sory!". To ja mówię, że w takim razie to ja dziękuję za taką współpracę, a do tego jestem za stara na sprzątanie toalet w zamian za nocleg. 

Po czym poszłam i dokonałam normalnej rezerwacji 189$/tydzień i zostałam w tym samym hostelu, wolna z silnym postanowieniem znalezienia szybko pracy :) 

Co było potem? Czy Magda znalazła pracę? Czy zarobiła miliony monet? Czy śpi pod mostem?

Dowiecie się już w następnym odcinku!



poniedziałek, 9 marca 2015

Znalazłam paszport!


Nie powiedziałam Wam, że go zgubiłam? Ojej, jak to się stało? ;)

Obczajcie moją poruszającą historię:

Jak już wspomniałam ostatnio - przeprowadziłam się do hostelu. Po przyjeździe manager zrobił mi krótkie wprowadzenie (bardzo krótkie) i zakończył mówiąc, że będzie potrzebował później mojego paszportu, żeby podpisać ze mną kontrakt i $50 depozytu (oczywiście do tej pory nikt nic ode mnie nie wziął). Tego samego wieczora wypakowałam się w moim nowym 4-osobowym pokoju oraz wymieniłam sobie pościel, bo oczywiście nikt nie zmienił jej po poprzednim gościu ;)
Myślę sobie - zaniosę im paszport to będę miała z głowy. Wyciągam więc moją ważną koszulko-teczkę, gdzie trzymam swoje najważniejsze dokumenty, w 100% przekonana, że jest tam mój paszport.
Wyobraźcie sobie sytuację: budzicie się rano w swoim pokoju, idziecie zrobić siku, jecie śniadanie, po czym idziecie to łazienki w celu umycia zębów, w jedną rękę łapiecie pastę, a w drugą...

 ej....

<zdziwiona mina>

<wtf>

gdzie jest moja szczoteczka? przecież tu była...


No i właśnie tak się czułam, jak w koszulce nie było mojego paszportu.

Przeszukałam raz wszystkie swoje rzeczy, wszystkie kieszonki i plecaki. I nic.
I wiecie, przez 3 dni byłam tak przekonana, że on gdzieś jest w moich rzeczach, że byłam zupełnie wyluzowana i nie byłam w stanie wypowiedzieć zdania: "zgubiłam paszport". Bo jak to go zgubiłam?  To niemożliwe, przecież był cały czas w tej koszulce! Poza tym pamiętam, że ostatni raz kiedy go widziałam to w momencie, gdy wyciągnęłam go z torby, włożyłam go do reszty dokumentów, a do portfela włożyłam kopię, tak na wypadek - żeby go nie zgubić ;)

Ale ja go nie zgubiłam, tylko po prostu nie wiem gdzie jest. Wiecie, może i jestem pierdołą, ciamajdą, kaciałą i tak dalej, ale nigdy nie zdarzyło mi się zgubić takich ważnych dokumentów. Raz zostawiłam portfel na stacji benzynowej w Niemczech, ale pani wybiegła i mi oddała.
Takie rzeczy zdarzają się tylko Justynie ;)
(Pozdro Justa, fajnie że ta kobieta oddała Ci Twój telefon w tamtym tygodniu ;) )


Dopiero w sobotni poranek, czyli 5-tego dnia od wprowadzki do hostelu, obudziłam się z myślą: "*****, zgubiłam ***** paszport!!!! *****". Przeszukałam natychmiast jeszcze raz wszystko, wszystkie pudełka, pudełeczka, kieszonki, kieszoneczki, kosmetyczki, kosmetyczusie, suwaczki, zakamarki, torby, torebeczki, reklamówki, ubrania czyste, ubrania brudne, dosłownie wszystko. I wtedy wpadłam w panikę. Dotarło do mnie, że ja go naprawdę zgubiłam. Dzwonię do konsulatu RP w Melbourne, nie odbierają. Dzwonię do konsulatu RP w Sydney, nie odbierają. Wybieram drugi numer "emergency", nie odbierają. Musiałam czekać do poniedziałku, żeby się dowiedzieć dokładnie, jak mam dalej postępować.




W międzyczasie poczytałam na stronie ambasady o procedurze: konsulat honorowy w Melbourne nie wydaje paszportów. Ale raz na jakiś czas z Sydney przyjeżdżają ludzie z konsulatu generalnego i na tzw. dyżurze paszportowym można złożyć wniosek o nowy paszport. Najbliższy termin 19 marca, koszt: 500 zł.


Nadszedł poniedziałek - dzwonię do konsulatu w Melbourne. Nie odbierają. Aaah ten shitowy konsulat honorowy... Dzwonię do Sydney, w końcu odebrała Pani, która poinformowała mnie, że:

- na nowy paszport będę czekała 2-3 miesiące
- do tego czasu muszę dodać 3 tygodnie czekania na dyżur paszportowy (chyba, że chcę przyjechać wcześniej do Sydney)
- nowy paszport kosztuje nie 500 złotych, tylko 500 DOLARÓW
- powinnam modlić się do Św. Antoniego, patrona rzeczy zagubionych.

Święty Antoni! Wielką łaską obdarzył Cię Bóg, czyniąc Cię patronem rzeczy zgubionych i skradzionych. Stroskany przychodzę do Ciebie ufając, że pomożesz mi w odnalezieniu rzeczy zaginionej, której bezskutecznie szukam...


Dobra, myślę sobie, mam 3 tygodnie na znalezienie paszportu. Gdzieś musi być! 

Nie wspomniałam, że wcześniej odwiedziłam wszystkie punkty druku, w których drukowałam CV + dwa, w których na pewno nie drukowałam, ale może mi się pomyliły miejsca. A tam wyciągają szufladę pełną paszportów, po czym: "Przepraszamy, nie mamy polskiego paszportu. Za to jest: Południowa Korea, Filipiny, Francja, Indie, Niemcy... " ;)

Odwiedziłam też bibliotekę, do której przyciągnęło mnie raz darmowe wifi.

Nie mogłam przypomnieć sobie żadnych innych konkretnych miejsc, w których byłam w przeciągu tygodnia. Pozostały tylko dwa miejsca, w których wyciągałam swoje dokumenty - Bank Common Wealth, w którym zakładałam konto i Vodafone, gdzie podpisywałam umowę zaraz po przyjeździe do Australii. Który to był dzień pobytu? Drugi? Trzeci? Wydawało mi się to zupełnie nieprawdopodobne, że zguba może tam być.

Ale w końcu w środę 4 marca 2015 roku, poszłam sprawdzić, tak na wszelki wypadek, żeby nie było, że nie sprawdzałam we wszystkich miejscach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam swój paszport w rękach pani z vodafone. Zostawiłam go podpisując umowę z operatorem, czyli mieli moje dane i mój nowy, australijski numer telefonu - a oni schowali paszport do sejfu i czekali aż przyjdę! Wystarczyłby jeden telefon i krótkie zdanie: "Mamy Twój paszport". Dranie.

Ale mniejsza z tym.

Wiecie jak ja się cieszyłam? Jak szalooooona! Zaczęłam krzyczeć, że "It's mine!!! It's mine!!! aaaaa!!! Skakałam i poleciałam za ladę przytulić kobietę. "I found my passport!!!!", a pozostali klienci mi wiwatowali. Co za chwila, co za dzień :)


I w ten sposób znalazłam paszport.




czwartek, 26 lutego 2015

Uwaga: ładne zdjęcia!


W ostatni weekend moi super hości (którzy btw nie są już moimi hostami) zabrali mnie za miasto. Mają tam domek niedaleko słynnej Great Ocean Road, czyli przepięknie położonej drogi ciągnącej się wzdłuż wybrzeża przez 243 kilometry.

Ciekawostka: Ta zachwycająca trasa to największy na świecie pomnik ofiar wojny. Została zbudowana przez żołnierzy, którzy powrócili z I wojny światowej, w hołdzie poległym kolegom. Bardzo ładny pomnik.

To tylko sam początek trasy, kiedyś na pewno pojadę nią daleko daleko i zobaczę więcej pięknych miejsc.

Dalej na trasie znajduje się 12 apostołów, których podobno już nie ma dwunastu, a trzech czy iluśtam. Zdjęć nie pokażę, bo jeszcze mnie tam nie było, możecie sobie wygooglować :) 


Pokażę Wam za to takie fotki:






















Tak to można zmywać :) 


Robiłam zdjęcia jak szalona! Było tam tak pięknie. Czasami żałuję, że nie jestem geologiem i nie mogę powiedzieć czegoś ciekawego o powyższych formach skalnych, erozji itp.

Powiem Wam, że wcale się nie czuję jakbym była od Was tak daleko. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że jak ja się budzę to Wy idziecie spać. Dla sprecyzowania: u mnie jest 10 godzin do przodu. Melbourne podobno wyglądem przypomina europejskie miasta najbardziej ze wszystkich pozostałych miast Australii i może dlatego czuję się tak normalnie, ALE....

jak zobaczyłam kangury w tym buszu tam co go widać za oknem, to czułam się jak na innej planecie :) Wszystko niby normalnie, a tu w lesie zamiast sarny to takie coś skaczące, sympatyczne z torbą. Kurde nie wzięłam wtedy ze sobą aparatu i obraz pozostanie tylko w mojej głowie. Przynajmniej dzięki temu miałam wolne obie ręce, żeby klaskać z radości :) Kangury były dwa i stały i się na mnie patrzyły, takie śmieszne jeju :) a potem skakały, tak fajnie kurcze!

Oprócz tego widziałam z pięć rodzajów papug - kakadu biała i czarna, i różne zielone i jakieś takie kolorowe, różne różniste. Niestety tym razem nie uchwyciłam żadnej z nich i musicie uwierzyć na słowo. O, właśnie sobie przypomniałam, że nie pokazałam Wam jeszcze jednego filmiku z moją pierwszą papugą. Wrzucę już niebawem.



Newsy z życia zawodowego

Zamieszkałam w hostelu :) Dostałam tą pracę na recepcji na pół etatu w zamian za miejsce do spania.  O poziomie syfu, obsługi klienta i ilości brudnych naczyń w kuchni opowiem już wkrótce! 

A i byłam na próbie chóru ostatnio :D hahaha 

P.S. Pozytywne wieści z życia warszawskiego Chóru Kameleon: po zebraniu 200 podpisów pod petycją, rektor zgodził się na przedłużenie żywotności chóru do końca roku akademickiego. Cieszę się bardzo mimo, że mnie tam nie ma :)  


Trzymajcie się zdrowo i radośnie




niedziela, 22 lutego 2015

250 000 dolarów australijskich


Podobno tyle kosztuje słynny, kolorowy domek na Brighton Beach w Melbourne. Póki co, na taki luksus mnie nie stać, więc mogę tylko, albo aż, pojechać na plażę i zrobić sobie z taką sławną szopą zdjęcie :-) To jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w Melbourne. Typowa pocztówka.
Urocze nie?









Tu zażyłam mojej pierwszej australijskiej kąpieli. Po przyjeździe z polskiej lutowej szarówy, ta woda była jak miód na serce... nogi, głowę i ręce. Przez ostatnie wakacje siedziałam skulona przed komputerem pisząc nieszczęsną pracę magisterską - nawet nie pamiętam kiedy ostatnio kąpałam się w morzu! 
Zawsze wolałam góry, ale jak na razie wskakuję do wody jak szalona. 





P.S. Sandruchna, nie mam czasu na photoshopa :)

Aaa mieszkanie i praca, no właśnie!

Stan na ten moment:

Wciąż mieszkam u moich wspaniałych i niezastąpionych hostów - Ani i Adama. Nie mam pracy, nie mam mieszkania. Ale coś się dzieje :) W środę byłam niespodziewanie na jednej rozmowie rekrutacyjnej o całkiem fajną pracę. Wciąż nie dostałam odpowiedzi, ale jeszcze nie tracę nadziei. Trzymajcie kciuki :) A jak się tam znalazłam opowiem Wam następnym razem. I dokładnie wczoraj, dostałam propozycję pracy na recepcji w hostelu w zamian za mieszkanie w 4-osobym pokoju. Jak na ten moment świetna opcja, ponieważ:

1. Będę miała gdzie mieszkać, do tego w samiutkim centrum, skąd będę miała blisko do wszelkich innych potencjalnych miejsc pracy.
2. Nabędę doświadczenia w pracy na recepcji, co się może przydać w szukaniu normalnej pracy w hotelu za kasę.
3. Może jak będą mieli etat, a ja się sprawdzę, to mnie zatrudnią. Plus jest taki, że w Melbourne są 3 hostele z tej serii :)
4. Poznam dużo fajnych ludzi!!! I to jest the best :)

Teraz czekam na odpowiedź kolesia, który do mnie napisał. Podobno zdarzył się niesamowity zbieg okoliczności, bo ten manager zna właścicieli tych dwóch hosteli, w których pracowałam w Hiszpanii.  Pewnie dlatego zaproponował mi tą opcję z work-exchange u nich. Widzicie, nawet sprzątanie sedesów za darmo w Walencji może kiedyś zaowocować!

Parę godzin temu wróciłam z super weekendu za miastem, gdzie widziałam kangury, kakadu i inne kolorowe papugi, chodziłam po pięknych plażach, zdjęć nacykałam że ho ho! Kolejna notka już wkrótce!

Pozdrawiam:) 

piątek, 20 lutego 2015

Wow!

Właśnie widziałam 2 kangury w lesie! Woooow!!! :-))))

O papugach nie wspomnę. 

:-))))) 

czwartek, 19 lutego 2015

Pierwszy sen w Australii...

Podobno to, co się przyśni pierwszej nocy w nowym miejscu to się spełni albo to jakiś znak czy coś. Pierwszej nocy nic mi się nie przyśniło, tak jak i przez kolejnych 8 nocy, aż do dziś!

Śniło mi się, że byłam na pogrzebie Jona Bon Jovi.


Pozostawię to bez komentarza, a za najlepszą interpretację będzie nagroda :-)