piątek, 31 lipca 2015

MITROfon, czyli Magda na antenie

Hej hej!

Nie chce mi się pisać, dlatego będę teraz mówić :)

Z góry przepraszam (sorry from the mountain) za moje podstawowe umiejętności bycia radiowcem. Często mówię nielogicznie, gubię się, nie pamiętam, o czym mówiłam, zbyt często robię YYY, a mój głos bardzo zmienia się w zależności od mojej pozycji - siedzącej, chodzącej lub biegającej. 

Nigdy nie nagrywałam niczego podobnego, oprócz zabaw w podstawówce, kiedy to nagrywało się durnoty na KASETĘ, a potem wstydziło się swojego głosu :)

Ale nie powiem, że wszystkie te elementy to problem, bo mnie na studiach nauczyli, że słowo problem należy zastępować słowem WYZWANIE :) Może to być dla mnie niezła szkoła ładnego i logicznego mówienia. Po odsłuchaniu kilku nagrań zauważyłam już, że:

1. Gdy zbytnio się podekscytuję, mój głos jest irytująco wysoki, mówię nieskładnie, za szybko i jak tego słucham to sama nie wiem, co chciałam Wam przekazać :) 
2. Tak samo zmieniam głos jak idę ulicą, bo mi się wydaje, że muszę krzyczeć, żebyście mnie usłyszeli. Siedząc w tramwaju, o wiele bardziej się skupiam na mówieniu!
3. Stanowczo za dużo tego głupkowatego śmiechu - dziękuję Hubercie! :)
4. Ciągle robię irytujące i denujące YYY.
5. Przed każdym nagraniem powinnam się uspokoić, wyciszyć i skupić, wtedy będzie git! 
6. A i nagranie godzinne jest stanowczo zbyt dłuuuugie ;) 

Na razie z tego, co nagrałam polecam jedynie nagranie WCIĄŻ W MELB, które jest najbardziej logiczne :) Albo trzecia część o Phillip Island też jest w miarę!

Na nagranie wykorzystuje czas wolny w drodze do pracy, jestem wtedy na antenie LIVE, lecz niestety z powodu różnicy czasu, nie możecie wtedy słuchać, bo śpicie :( Ale już wkrótce będzie audycja wieczorna, czyli dla Was popołudniowa i wtedy będziecie mogli na bieżąco komentować, a także pojawią się elementy muzyczne, bo będę nagrywać na komputerze, yeah!

Tu jest link do strony, gdzie znajdziecie listę nagrań. Jak rozkminię jak to zrobić, to wkleję poszczególne nagrania tu na stronę. Tymczasem łapcie linka:


Możecie też kliknąć w banner po prawej stronie bloga, który kieruje na moje radio, gdzie jest chat (!) a po lewej link do showreela, gdzie znajdują się nagrania.



No i bosko! 

Pozdro

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Dzika zwierzyna, czyli mieszkam na Antypodach


Dziś w nocy przypomniałam sobie, że mieszkam w Australii. Mieszkając w takim mieście jak Melbourne czasami się zapomina - ni węża, ni pająka, nudy.

Nudy??? Żadne nudy!!! Kurde, ja pierdzielę! Ja chcę te nudy!

Od paru dni w nocy zaczęło mnie budzić jakieś skrobanie w rogu mojego pokoju, tuż przy mojej głowie. Wcześniej tak cicho tylko, ale dziś w nocy skrobanie przeszło samo siebie, jeżeli to możliwe, że skrobanie może przejść samo siebie... Raczej źródło skrobania przeszło samo siebie, bo przestało skrobać, a wręcz wdzierać się (przynajmniej tak mi się wydawało w nocy) przez wykładzinę do mojego pokoju.

Myślałam, że zwariuję, tak się bałam, że nawet bałam się zapalić światło i spojrzeć w szparę między łóżkiem a ścianą, więc siedziałam nieruchomo dobre pół godziny w ciemności i nasłuchiwałam stworzenia, które w przeciwieństwie do mnie nieruchome nie było. Próbowałam odgadnąć, co to za zwierzę, wyobrażałam sobie największe straszydła, potwory, chodzące, pełzające, latające, we wszystkich kolorach tęczy i z każdym rodzajem uzębienia.

W końcu zebrałam się na odwagę rozjaśnić pokój światłem telefonu przygotowana na ujrzenie na ścianie pająka wielkości głowy, ale stety niestety nic nie zobaczyłam. W końcu przełożyłam się na drugą stronę łóżka, ułożyłam jak najdalej od tajemniczych odgłosów i otuliłam się tak mocno, żeby żadna kreatura nie zdołała wejść mi pod pierzynę.

Przeżyłam.

Nieco skołowana, szybko się ogarnęłam i wzięłam się za ogarnianie pokoju. Już dawno postanowiłam przestawić wielkie łóżko na drugą stronę pokoiku, jak najdalej od okna, które wiało chłodem każdej nocy. Po dzisiejszej nocy nie miałam wątpliwości, że postanowienie muszę wprowadzić w czyn skoro okno to także miejsce wściekłych gryzoni.

Udało mi się odsunąć łoże, wspominając przy tym mamine historie o jej znajomych z przepukliną ("Nie przesuwaj sama mebli, bo dostaniesz przepukliny jak..."). Strach przed gryzoniem pokonał strach przed przepukliną.

Wiecie co zobaczyłam po odsunięciu łóżka?

TO:




Herbatniki, które spadły mi kiedyś z łóżka i o nich zapomniałam!

Jak widać na załączonym obrazku jeden z herbatników jest znacząco nadgryziony. Ślady uzębienia pozwalają przypuszczać, iż nie było to uzębienie ludzkie, acz zwierzęce. Fakt ten potwierdza przypuszczenia, iż w nocy do mojego pokoju przez dziurę w rogu wdarła się... tak moi drodzy, dobrze myślicie - MYSZ!

YYYYŁ !

Po sprawnych oględzinach odkryłam, że w każdym rogu mej komnaty znajduje się dziura! A to chamówy. Mój współlokator twierdzi, że skoro nie ma jedzenia, to nie wrócą. Jakoś brak mi pewności i namówiłam go, żeby jednak coś tam wsadził. W końcu w dziurę została wsadzona skarpeta, przygnieciona potem cegłą, ale ona też nie dała mi 100% pewności. Z myszami nigdy nic nie wiadomo... Dzisiaj w nocy chyba zsikam się ze strachu. Co ja zrobię na widok wielkiego pająka, skoro tak się boję głupiej myszy? ;) Australii się zachciało!




Ale będę walczyć! 

:-D



czwartek, 28 maja 2015

Jak się robi żyrandole?


Hej ho!

Dzisiaj notka, na którą wszyscy czekaliście! 

Jak trafiłam do zakładu szklarskiego?
Jak się robi żyrandole?
Czy umiem skracać kable?

Dowiecie się właśnie teraz!


Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o żyrandolach, ale baliście się zapytać, czyli....


CHANDELIEEEEEEEER ! :)))







Piosenka była od samego początku tematem przewodnim mojej 3-tygodniowej pracy w szklarskim studio. Jak się dostaje pracę przy tworzeniu żyrandola? Oczywiście przez przypadek.

W hostelu, o którym tyle opowiadałam działa takie coś jak Work Center, gdzie można się zapisać, zapłacić i center podsyła Wam potem ogłoszenia o pracę. Zazwyczaj nikt z tego nie korzysta, jedynie nowoprzyjezdni, którzy naiwnie wierzą, że warto. Realia są takie, że ludzie z biura wyszukują oferty pracy z gumtree, kopiują linka i wrzucają w zbiorczego maila do subskrybentów, czyli lipa, bo każdy i tak i tak szuka też pracy na gumtree. 

Jednym z takich naiwnych był Francuz. Zdarzyła się jednak zaskakująca sytuacja - ktoś zadzwonił do biura, że potrzebuje pracownika na już. Kobieta pobiegła do kuchni, złapała Francuza, krzycząc: "Chcesz pracować?", w odpowiedzi usłyszała radosne "Tak tak!" i po 5 minutach ten już biegł na pociąg, który przetransportował go do nieznanego miejsca pracy. Jak widać, Francuz miał niemałe szczęście, bo takie akcje w work center zdarzają się bardzo rzadko - subskrypcja jednak się opłaciła! 

Po jego pierwszym dniu pracy okazało się, że jeden człowiek sobie ze wszystkimi szklanymi kulkami nie poradzi i potrzebują jednej, dodatkowej osoby. Tak Francuz wkręcił mnie i następnego dnia jechaliśmy już razem ciuchcią, aby zmierzyć się z nowym wyzwaniem (niedługo jechaliśmy, bo to tylko parę stacji od naszego hostelu). 

Studio okazało się całkiem sympatycznym miejscem, w którym oprócz właściciela-wizjonera, pracował koleś pochodzący z Hong Kongu, który tłumaczył nam jak mamy robić żyrandole i reklamował nam wietnamskie zupy, dziewczyna z Filipin, która odbierała telefony, a tak naprawdę chce zostać psychoterapeutą i jeszcze jeden koleś, który miał dziadków z Polski i to jedyne, co wiedział o naszym kraju - on z kolei korzystał ze swych cennych umiejętności, aby opylić klientom którąś z designerskich lamp wiszących. Wszyscy sympatyczni, oprócz naszej stawki godzinowej, która znów wynosiła 15$, co przypominam jest poniżej minimalnej, legalnej stawki...

Tak na marginesie, dzień wcześniej pytałam w work center o pracę, ale powiedzieli mi, że wszystkie oferty jakie mają są dla mężczyzn. A tu się okazało, że w swojej nowej męskiej robocie byłam całkiem niezła. Tajemnicą mojego talentu okazały się długie, szczupłe palce, które z łatwością wchodziły w szklaną kulę i przesadzały przez nią kabel :) W związku z tym, że tylko mi się to udawało, musiałam robić to codziennie po 8 godzin dziennie... jupi :/ 



PRODUKCJA ŻYRANDOLA 
w 10 etapach



I ETAP:
Montowanie w kulach mechanizmu, dzięki któremu będzie można przełożyć przez nie kabel. To zadanie należało do Francuza, który sprytnie operował obcęgami. Ja przejmowałam od niego rezultaty jego pracy.

II ETAP: 
Umieszczanie kul na kablach - na niektórych miały znaleźć się dwie kulki (łączna wysokość 20 cm), a na niektórych trzy (wys. 30 cm). Ten etap robiłam cały tydzień i gdyby nie:
- rozmowy z kolesiem z Hong Kongu o Polsce i Hong Kongu i o szansach znalezienia dziewczyny w Polsce przez człowieka z Hong Kongu
- muzyka w tle
- wspólne z Francuzem narzekanie na tę nudną pracę 

to bym oszalała :) 

III ETAP: 
Skracanie kabli do odpowiedniej długości i umieszczanie LED w odpowiednich miejscach - kierowanie się ścisłą instrukcją. Nauczyłam się operować obcinaczem do kabli i jego nazwy po angielsku - the wire stripper :) Niestety skracanie kabli nieznanym mi narzędziem nie szło mi tak sprawnie jak poprzednie czynności, ale wszyscy mi kibicowali i jakoś dotrwałam do końca :)






IV ETAP:
W międzyczasie, gdy ja operowałam obcinaczem i marzyłam o końcu, Francuz wycinał takie cosie, na kształt szkła, które czekało już gotowe. 

V ETAP: 
Najbardziej odpowiedzialny, przy którym serce mi było szybciej. Musiałam wziąć te cosie, wycisnąć silikon, klej czy co to było, przykleić do tego szkło, równiuteńko, po czym podnieść to do góry, spojrzeć przez dziurki i poprawić w powietrzu. Jakby mi to spadło....szkło się zbiło... do tej pory ciarki mi przechodzą ;) Ale moje sprawne ręce o dziwo nie zrobiły mi żadnego numeru :) 

VI ETAP:
Na tych cosiach zawieszaliśmy kulki, w ściśle określonej kolejności - efekt możecie zobaczyć poniżej :) Te kable trzeba było połączyć w taki sposób, żeby lampki się potem paliły :) Tu dostałam lekcję elektryki - plus, minus, przypalanie, obklejanie, kabel taki, kabel owaki. Fajnie było, ale tylko przez godzinę... potem miałam kryzys, nic mi się już nie chciało. Mimo, że zawód elektryka wydaje się całkiem ciekawy, chyba jednak nie jest dla mnie. Marzyłam o jak najszybszym zawieszeniu chandeliera...




VII ETAP:

WIEZIEMY! Juhuuu. Zapakowaliśmy wszystko do vana i jedziemy! Hura, cieszą się robole, jak szybko dobrze pójdzie, dziś już wszystko skończymy. Francuz kieruje, ja z boku, radość, uniesienie, robię zdjęcia, śpiewam, rozpraszam Francuza, którego spotkał ostry zakręt... ŁUP

.....
.....
yyyy.....
......
co to było?
.....
Francuz parkuje.....
....
....
obracam się....
......
Kulki się przewróciły, jeden stół na drugi.....
.....
O FUCK!!!
O KUR**!!!
O PUTAIN!!!
.....
.....


W ten sposób pobiliśmy kulki, które dopiero co zawiesiliśmy... Na szczęście nie wszystkie, ale dosyć dużo. Lipca była, że hej... Normalnie, z miejsca koleś by nas zwolnił, ale że chyba był buddystą to przyjął to ze spokojem :)


5 sekund przed pobiciem


VIII ETAP:

Strata jednego dnia na poprawianie zbitych kulek.

IX ETAP:

Zawieszanie! Prawie koniec!!!!

X ETAP:

RADOŚĆ I SATYSFAKCJA!!!!!!!!!!!! I ZDZIWIENIE, że wszystko działa... przecież ja nie umiem łączyć kabli :) 

Tak naprawdę nie był to jeden żyrandol, a trzy i kosztowały w sumie, jak dobrze pamiętam, jakieś 20 tysięcy dolarów!!! Efekt końcowy poniżej :) 

Co za miejsce mogło sobie pozwolić na taki luksus? 
Centrum Rozrywki Emerytów.


Pozdrawiam





piątek, 22 maja 2015

Jak brzmi Melbourne?


I jakie są najfajniejsze morskie zwierzęta, które można zobaczyć w spornawym akwarium Sea Life, zobaczycie poniżej na filmie :) Dorzucam jeszcze parę ładniutkich foteczek z plaży w St Kilda - ostatnio częściej tam bywam, bo dostałam tam przeciekawą pracę. Tak - dobrze wyczuwacie ironię. 

Film dedykuję Agatce, która chciałaby być rybą i która prosiła o papugi. 

A i ludziska, byłoby super jakbyście czasem coś skomentowali, pytali o co chcecie, dawali znak, że żyjecie i to czytacie. Dostałabym motywujący feedback :) Patrzcie - Agata prosiła o papugi i dostała papugi :) Trochę z opóźnieniem i do tego słabo je widać, ale są :) 

Ryba piła rządzi!
















poniedziałek, 18 maja 2015

Na blogu pusto


Za to w życiu pełno! 


Fot. Pan z Komisji 


-----------------------------------


Mam tyle do opowiadania, że coraz trudniej przybrać się do pisania, a coraz bardziej kusi, żeby coś nagrać ;-) 

Zainstalowałam sobie nową apkę i teraz będę mogła pisać do Was w autobusie :-) Ale częściej w pociągu, bo częściej jeżdżę pociągiem. Na przykład w tej chwili jadę na nowe interview! W tym tygodniu mam tydzień interviewsów i trialów, czyli się dzieje! 

Zazwyczaj po rozmowie kwalifikacyjnej do pracy w barze/kawiarni/restauracji pracodawca zaprasza na kilka próbnych godzin pracy, żeby zobaczyć jak sobie radzimy. Słabo jest, bo triale są zazwyczaj bezpłatne i czasami czujemy się wykorzystywani. Dzisiaj rano miałam 3-godzinny trial w kawiarni, w której czułam się jak w McDonaldzie... Wielki biurowiec, korpo gryzonie tłumnie gromadzą się, aby zenergetyzować się fast-drinkiem. Po której stronie czuję się swobodniej: korpo szczura czy serwera w coffee barze szybkiej obsługi? Wzięło mnie wtem na filozofowanie, przez co nie uśmiechałam się wystarczająco dużo i pewnie już do mnie nie zadzwonią.


czwartek, 16 kwietnia 2015

12 prac Herkulesa





Oczywiście, że musiałam sprawdzić, ile tych prac Herkules miał.
Już niewiele mi brakuje. Przedwczoraj dostałam swoją czwartą pracę w Melbourne.


Zadanie 1.
Magda dostaje średnio dwie prace na miesiąc. Oblicz ile w ciągu roku zdobędzie prac?

Obliczenia:






Odpowiedź:



Zacznijmy od początku :)


PRACA NUMEREK ONE



Jesteś mój numerek one...ooo....jesteś mój numerek one....



Ok. do rzeczy.





To jest hostel. To jest recepcja. To ja. Pracowałam tu miesiąc w zamian za nocleg. No money, sorry. Jak do tego doszło, że się w tym hostelu znalazłam, to już Wam pisałam, więc pisać więcej nie będę. Ale musicie wiedzieć, że pomimo całego narzekania na hostel, jego zarządzanie, managerów itd. to spędziłam w nim naprawdę miło czas. Oczywiście po 2 miesiącach mieszkania w tym miejscu stajesz się buntownikiem i wszystkim wokoło opowiadasz, jak tu jest źle, ale zalety są i to duże, zwłaszcza jak się samemu przyjeżdża na drugi koniec świata.

Poznajesz ludzi!

Różnych, różnistych. Backpackerzy z całego świata zjeżdżają się, aby w kuchni spotkać się przy wspólnym posiłku. Nagle się okazuje, że takich dziwolągów jak ty jest więcej. I większość z nich też przyjechała sama z plecakiem z dalekiego kraju. Czujesz się normalny :) Albo nie. Ja się czuję :)

Wiecie, irytuje mnie jak wielu ludzi mój wyjazd komentuje: "No i widzisz Magda. To jest Polska. Wykształceni po studiach wyjeżdżają. Nie ma co zostawać". Po pierwsze, przecież mój wyjazd nie ma na celu emigracji na stałe. To jest podróż. A żeby podróżować trzeba na to zarobić. A że łatwiej jest zarobić na zobaczenie całej Australii dookoła w samej Australii to zarabiam tu :)

Poza tym, Australia jest pełna backpackerów z zachodniej Europy. Mój hostel jest przepełniony głównie Anglikami, Niemcami, Francuzami i Holendrami. I co oni tu robią?
A stoją na zmywaku, pakują produkty w torby w supermarkecie, zbierają w imieniu greenpeace pieniądze na ulicy, noszą meble, chodzą po domach i wciskają ludziom panele słoneczne lub warzywa od farmerów albo namawiają na korzystanie z lewych usług dentystycznych :-) O albo sprzątają hostel w zamian za nocleg :) Pamiętam jak jeden Anglik cieszył się jak głupi, jak dostał pracę przy myciu podłóg w galerii handlowej :)

Żadna praca nie hańbi!

Różnica jest taka, że to głównie bardzo młodzi ludzie zaraz po liceum. Ja tu należę do starszyzny :) U nas nikt nie myśli po maturze wyjechać na gap year. Wszyscy szybką pchają się na studia.

I ja patrzę na tych Niemców i Anglików i im normalnie zazdroszczę i życzę młodym Polakom takich gap yearów :) To jest takie super doświadczenie. Po roku robienia różnych prostych prac, mieszkania w słabych warunkach, ale równocześnie podróżowania, poznawania ludzi, uczenia się języka, zupełnie inaczej patrzy się na swoją przyszłość, preferencje co do wyboru studiów itd. Oni wracają pewniejsi siebie, wybierając z większą świadomością kierunek studiów. Zazdroszczę im :)

Powiecie, że im jest łatwiej, bo mają pieniądze i rodzice 19-latka mogą mu zapłacić za wyjazd do Australii, a w Polsce to nie. Ale Boże nie trzeba od razu jechać do Australii. A ilu jest ludzi, którzy prosto po maturze jadą na rok do pracy na zmywaku do Francji, Norwegii czy gdzieś? MAAAAŁO. A mogliby! Ile by się nauczyli...

<tu nastąpiła Wielka Inspiracja i Wielka Dekoncentracja>


O tym jakich ciekawych ludzi w tym hostelu poznałam, pewnie jeszcze napiszę :)

Wróćmy do głównego tematu, czyli pracy.


.....


Wracając do tematu pracy, znowu musimy wrócić do tematu poznawania ludzi :)

Pewnego pięknego dnia poznałam super Kerstin z Niemiec, która szybko stała się moją ulubioną hostelową koleżanką.

A wiecie, co wracając do życia w hostelu, to wszyscy tu maksymalnie oszczędzają pieniądze, żeby jak najdłużej podróżować i jak najwięcej zobaczyć. Dlatego jednym z naszych żywieniowych zwyczajów jest dzielenie się posiłkiem :) Czytaj: jak ci zostaje makaron na talerzu to oddajesz go komuś, żeby dojadł. Bo po co marnować jedzenie? Kiedyś z jedną Holenderką zrobiłyśmy niezbyt dobry makaron z tym, co miałyśmy w lodówce: sos pomidorowy, który okazał się zupą i tuńczyk. Każda z nas zjadła połowę makaronu ze swojego talerza, no żal wyrzucać! Na przeciwko siedziały dwie smutne Niemki, które sierotki w porze obiadowej jadły musli. Oddałyśmy więc Niemkom nasze jedzenie, które wesoło zaczęły konsumować nasz obiad, nie narzekając na jego obrzydliwy smak.

Tak Polka karmi Niemkę. Jak to moja mama skomentowała: "Hitler się w grobie przewraca" :D

No a teraz wracając do Kerstin - to taka Niemka, która z powyższego maminego żartu uśmiałaby się do łez :)


PRACA NUMEREK DWA


I ona znalazła mi pierwszą płatną pracę w Australii. Mieszkała wcześniej w innym hostelu, gdzie na tablicy zobaczyła ogłoszenie, że szukają ludzi do pracy przy Moomba Festival, czyli w wielkim wesołym miasteczku rozstawionym na weekend prawie w centrum miasta. Pracowałam tam 3 dni i była to jedna z najnudniejszych prac mojego życia ;)

Pamiętacie z amerykańskich filmów takie zabawy, gdzie np. chłopak zabierał dziewczynę do wesołego miasteczka, tam ustrzeliwał jej największego miśka, ona ucieszona i zakochana wdzięczna go pocałowała. Ja właśnie obsługiwałam jedną z takich gier, tylko nie było strzelnicy, a były pływające kaczuszki, które dzieci wyławiały i mogły wygrać nagrodę.


Lucky Ducky




Oczywiście gra była jedną wielką lipą i żeby wygrać największego miśka, trzeba było zapłacić takie pieniądze, że Chińczycy za te pieniądze produkują 500 miśków. Czasami dzieci płakały, a rodzice się oburzali, ale głównie wszyscy się dobrze bawili - kaczuszki pływały dookoła, dzieci się śmiały, rodzice robili im zdjęcia. Do obsługiwania takiej gry wystarczyłyby 3 osoby, a my stałyśmy tam w 5  i uwierzcie mi...było taaaaaak nudnooooo. Zwłaszcza w sobotę do wieczora, kiedy było mało ludzi, jedyną atrakcją było...łapanie kaczek oraz co godzinę liczenie ile już się zarobiło, w dolarach, euro i złotówkach.

Za godzinę dawali nam 15 dolarów (australijskich)

Aktualna wartość dolara australijskiego: 2,9267

W przeliczeniu na złotówki to duże pieniądze, jak na warunki australijskie to dosyć mało. Generalnie minimalna stawka godzinowa w Victorii, czyli stanie, w którym znajduje się Melbourne to ok. 17$.


Zadanie 2

Magda przepracowała w swojej nudnej pracy ok. 25 godzin (dokładnie nie pamięta). Jej zaniżona stawka godzinowa wynosiła 15$. Oblicz, ile rumuńskich lejów zarobiła Magda.

Obliczenia:




Odpowiedź:



W mojej trzeciej pracy robiłam żyrandole, a wczoraj zostałam barmanką! Niedługo napiszę Wam więcej!

Poza tym za tydzień wyprowadzam się z hostelu!!! Pewnego wieczora wracam do pokoju hostelowego i myślę sobie: "Kurde co tak śmierdzi???!!!". W ten sposób, swoim odorem moja nowa współlokatorka zmotywowała mnie do szukania pokoju do wynajęcia. I szybko znalazłam, po prostu idealny domek, jaki chciałam, z drzewkiem cytrynowym w ogródku. Tak się cieszę :)))) Napiszę potem więcej!

CZEŚĆ








niedziela, 29 marca 2015

Szalony ten czas!


Bo tak szybko leci. Nie wiadomo kiedy minęły prawie 3 tygodnie, odkąd poczytaliście o magicznym paszporcie. Mam nadzieję, że wybaczycie mi tę opieszałość i jeszcze kiedyś zajrzycie na bloga. Ha! Skoro to czytasz, to znaczy, że jednak jesteś ciekaw co nowego na Antypodach. Biorę się więc do roboty!




Jak pamiętacie, miesiąc temu wprowadziłam się do hostelu. I tak siedzę tu do tej pory :)


Zaczęło się od tego, że chodziłam po mieście rozdając cv po różnych hostelach. Do tego hostelu akurat nie poszłam, bo nie wiedziałam o jego istnieniu. Pewna napotkana hiszpańska fizjoterapeutka z Francji uświadomiła mnie, że jest jeszcze jeden taki hostel, gdzie mogłabym wysłać resume.

(Ciekawostka: francusko-brzmiące pojęcie resumé, nie istnieje we Francji, a może istnieje, ale oznaczając coś zupełnie innego :) )

Tym razem wysłałam cv mailem i już następnego dnia, argentyński manager hostelu do mnie napisał, że mogę pracować w zamian za nocleg. Propozycję przyjęłam, 2 dni później pojawiłam się już ze wszystkimi klamotami w recepcji i poznałam się z managerem, który przywitał mnie niezwykle optymistycznie mówiąc: "Ten hostel jest inny niż te, w których dotychczas pracowałaś. To jest gówniany hostel." Przeczytawszy wcześniej recenzje na Hostel World, nie byłam w stanie mu zaprzeczyć lub przynajmniej okazać minimalnej dawki niedowierzenia. Na pierwszy rzut oka widać, że jedyne pozytywne opinie są wyredagowane przez nich samych... i te ich odpowedzi:

"To najgorszy hostel w jakim kiedykolwiek nocowałam! Pociągając za sznurek w celu włączenia wentylatora, ten oderwał się od ściany i spadł mi na głowę" (Jenny, 20 lat)

"Ale za to miałaś darmowy makaron, ryż i pancake mix!" (Nomads All Nations Hostel)

Po zamieszkaniu w hostelu i pierwszych dniach pracy na recepcji, doszłam do wniosku, że sam hostel wcale nie jest taki syfiasty, jak myślałam, że będzie. Spałam już w o wiele gorszych i brudniejszych  hostelach, gdzie minimalny skrawek zasłonki prysznicowej obleśnie się przyklejał do mokrego uda. Albo ten hostel w Sarajewie, który wyglądał, jakby 5 minut wcześniej był zbombardowany.... 

- Hostel ma dobrą lokalizację - w samym centrum miasta, tzw. CBD. 
- Jest duży i jest w stanie pomieścić mnóstwo backpackerów
- Ma bar i może robić fajne imprezy
- Dużo łazienek w całkiem niezłym stanie
- Niezłe ceny

Więc sam w sobie hostel gówniany nie jest, jak to powiedział manager. Gówniany to jest on sam ;) 
- Teraz na pewno skupiłam uwagę absowentów biznesowych wydziałów warszawskich uczelni - 
Ej serio, chyba za długo studiowałam to, co studiowałam, żeby wytrzymać taki styl zarządzania ;) 

Do pracy na recepcji zostałam dosłownie wrzucona bez żadnego przeszkolenia, a pracują na dość skomplikowanym systemie rezerwacyjnym. Nagle pojawia się jakiś czerwony komunikat, a ja nie jestem w stanie nic zrobić i lipa, nie mogę dalej check-inować. Zero kontroli. Przez miesiąc nawet nie mieli mojego numeru telefonu, nie znałam dokładnych cen - ciągle się zmieniały, za każdym razem gdy mówiłam komuś ile ma zapłacić to liczyłam na to, że gość będzie wiedział dokładnie ile powinien zapłacić, bo ja nie byłam pewna. Ktoś się pyta czy może wypożyczyć ręcznik: ja nic nie wiem o żadnych ręcznikach, pytam managera, a on mówi - tak tak, mamy, daj mu jeden za darmo. Następnym razem taka sama sytuacja z innym managerem - a tak, wypożycz mu, to kosztuje 4$. Wtf? Raz manager mi mówi, że zawsze mam wpisywać szczegółowe dane każdego przyjezdnego, a innym raz sam macha na to ręką i mówi: "fuck it, never mind". 

Oni mieli takie olewcze podejście, więc szybko się tym zaraziłam i już wszystko mi wisiało. Raz managera nie było, była masa ludzi do check-inu, a ja nie byłam w stanie nic zrobić, bo czegoś nie wiedziałam. W tym samym czasie druga recepcjonistka z wielką łaską mi pomaga, bo jej też wszystko wisi. Powiedziałam raz temu wspaniałemu managerowi, że nie może mnie tak zostawiać, kiedy jest poniedziałkowy wielki check-in, bo ja nie jestem w stanie wszystko zrobić, przez co ludzie muszą bardzo długo czekać.
Jego reakcja?
Następnego dnia zostałam mocno skrytykowana za moje zachowanie, bo spóźniłam się do pracy 3 minuty, a o 12.00 w południe musiałam odebrać ważny telefon. 

I obczajcie co się potem dzieje:

Jest tydzień później. Niedziela, 10 rano. Przychodzę na moją zmianę na recepcję, mijam super managera, radosnego (bo on zawsze się uśmiecha, nawet jak wszystko jest źle), który właśnie wychodzi z hostelu. Nikt nie wie gdzie poszedł, kiedy wróci, wszyscy są wkurzeni, bo miał być cały dzień.
Parę godzin później zaglądam na najnowszy grafik pracy recepcji na najbliższy tydzień, a tam????

....
....
...
...

MAGDA: CLEANING BAR MONDAY, WEDNESDAY 6 AM - 11 AM; GENERAL HOUSEKEEPING TUESDAY, SUNDAY - 10 AM - 15 AM.

???

Nikt nie powiedział ani słowa, a MONDAY to następny dzień. Mogłam wyjaśnić sprawę dzień później. Jak mi "wyjaśnili" : wcześniej potrzebowali recepcjonisty, teraz już mają ich za dużo, więc przenieśli mnie na cleaning position, żebym nie musiała płacić za nocleg. Och jacy oni wspaniałomyślni ;) "Tak tak, powinniśmy Ci powiedzieć wcześniej, sory!". To ja mówię, że w takim razie to ja dziękuję za taką współpracę, a do tego jestem za stara na sprzątanie toalet w zamian za nocleg. 

Po czym poszłam i dokonałam normalnej rezerwacji 189$/tydzień i zostałam w tym samym hostelu, wolna z silnym postanowieniem znalezienia szybko pracy :) 

Co było potem? Czy Magda znalazła pracę? Czy zarobiła miliony monet? Czy śpi pod mostem?

Dowiecie się już w następnym odcinku!