czwartek, 13 sierpnia 2015

Great Ocean Road


Siemka!


Już od dłuższego czasu na platformie radiowej widnieje nagranie o 3-dniowym tripie, którego sobie zaserwowałyśmy (albo zasurfowałyśmy) na Great Ocean Road! O tym jak było wspaniale, cudownie,  pięknie, niesamowicie możecie posłuchać klikając w poniższego linka :)

Cz. 1

Cz. 2


Oprócz tego poniżej zamieszczam kilka ślicznych foteczek, które i tak oddają zaledwie ok. 20% napotkanego tam piękna natury. 


Pozdrawiam i życzę więcej działania, mniej narzekania!

M.












Tam był kawałek wieloryba!







Znajdź dwie papugi!


Świętujemy 6 miesięcy do świąt w lokalnej knajpce:)

Widok z hostelu







A tam siedzi koala :)




12 apostołów






Dużo Azjatów na szlaku









piątek, 31 lipca 2015

MITROfon, czyli Magda na antenie

Hej hej!

Nie chce mi się pisać, dlatego będę teraz mówić :)

Z góry przepraszam (sorry from the mountain) za moje podstawowe umiejętności bycia radiowcem. Często mówię nielogicznie, gubię się, nie pamiętam, o czym mówiłam, zbyt często robię YYY, a mój głos bardzo zmienia się w zależności od mojej pozycji - siedzącej, chodzącej lub biegającej. 

Nigdy nie nagrywałam niczego podobnego, oprócz zabaw w podstawówce, kiedy to nagrywało się durnoty na KASETĘ, a potem wstydziło się swojego głosu :)

Ale nie powiem, że wszystkie te elementy to problem, bo mnie na studiach nauczyli, że słowo problem należy zastępować słowem WYZWANIE :) Może to być dla mnie niezła szkoła ładnego i logicznego mówienia. Po odsłuchaniu kilku nagrań zauważyłam już, że:

1. Gdy zbytnio się podekscytuję, mój głos jest irytująco wysoki, mówię nieskładnie, za szybko i jak tego słucham to sama nie wiem, co chciałam Wam przekazać :) 
2. Tak samo zmieniam głos jak idę ulicą, bo mi się wydaje, że muszę krzyczeć, żebyście mnie usłyszeli. Siedząc w tramwaju, o wiele bardziej się skupiam na mówieniu!
3. Stanowczo za dużo tego głupkowatego śmiechu - dziękuję Hubercie! :)
4. Ciągle robię irytujące i denujące YYY.
5. Przed każdym nagraniem powinnam się uspokoić, wyciszyć i skupić, wtedy będzie git! 
6. A i nagranie godzinne jest stanowczo zbyt dłuuuugie ;) 

Na razie z tego, co nagrałam polecam jedynie nagranie WCIĄŻ W MELB, które jest najbardziej logiczne :) Albo trzecia część o Phillip Island też jest w miarę!

Na nagranie wykorzystuje czas wolny w drodze do pracy, jestem wtedy na antenie LIVE, lecz niestety z powodu różnicy czasu, nie możecie wtedy słuchać, bo śpicie :( Ale już wkrótce będzie audycja wieczorna, czyli dla Was popołudniowa i wtedy będziecie mogli na bieżąco komentować, a także pojawią się elementy muzyczne, bo będę nagrywać na komputerze, yeah!

Tu jest link do strony, gdzie znajdziecie listę nagrań. Jak rozkminię jak to zrobić, to wkleję poszczególne nagrania tu na stronę. Tymczasem łapcie linka:


Możecie też kliknąć w banner po prawej stronie bloga, który kieruje na moje radio, gdzie jest chat (!) a po lewej link do showreela, gdzie znajdują się nagrania.



No i bosko! 

Pozdro

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Dzika zwierzyna, czyli mieszkam na Antypodach


Dziś w nocy przypomniałam sobie, że mieszkam w Australii. Mieszkając w takim mieście jak Melbourne czasami się zapomina - ni węża, ni pająka, nudy.

Nudy??? Żadne nudy!!! Kurde, ja pierdzielę! Ja chcę te nudy!

Od paru dni w nocy zaczęło mnie budzić jakieś skrobanie w rogu mojego pokoju, tuż przy mojej głowie. Wcześniej tak cicho tylko, ale dziś w nocy skrobanie przeszło samo siebie, jeżeli to możliwe, że skrobanie może przejść samo siebie... Raczej źródło skrobania przeszło samo siebie, bo przestało skrobać, a wręcz wdzierać się (przynajmniej tak mi się wydawało w nocy) przez wykładzinę do mojego pokoju.

Myślałam, że zwariuję, tak się bałam, że nawet bałam się zapalić światło i spojrzeć w szparę między łóżkiem a ścianą, więc siedziałam nieruchomo dobre pół godziny w ciemności i nasłuchiwałam stworzenia, które w przeciwieństwie do mnie nieruchome nie było. Próbowałam odgadnąć, co to za zwierzę, wyobrażałam sobie największe straszydła, potwory, chodzące, pełzające, latające, we wszystkich kolorach tęczy i z każdym rodzajem uzębienia.

W końcu zebrałam się na odwagę rozjaśnić pokój światłem telefonu przygotowana na ujrzenie na ścianie pająka wielkości głowy, ale stety niestety nic nie zobaczyłam. W końcu przełożyłam się na drugą stronę łóżka, ułożyłam jak najdalej od tajemniczych odgłosów i otuliłam się tak mocno, żeby żadna kreatura nie zdołała wejść mi pod pierzynę.

Przeżyłam.

Nieco skołowana, szybko się ogarnęłam i wzięłam się za ogarnianie pokoju. Już dawno postanowiłam przestawić wielkie łóżko na drugą stronę pokoiku, jak najdalej od okna, które wiało chłodem każdej nocy. Po dzisiejszej nocy nie miałam wątpliwości, że postanowienie muszę wprowadzić w czyn skoro okno to także miejsce wściekłych gryzoni.

Udało mi się odsunąć łoże, wspominając przy tym mamine historie o jej znajomych z przepukliną ("Nie przesuwaj sama mebli, bo dostaniesz przepukliny jak..."). Strach przed gryzoniem pokonał strach przed przepukliną.

Wiecie co zobaczyłam po odsunięciu łóżka?

TO:




Herbatniki, które spadły mi kiedyś z łóżka i o nich zapomniałam!

Jak widać na załączonym obrazku jeden z herbatników jest znacząco nadgryziony. Ślady uzębienia pozwalają przypuszczać, iż nie było to uzębienie ludzkie, acz zwierzęce. Fakt ten potwierdza przypuszczenia, iż w nocy do mojego pokoju przez dziurę w rogu wdarła się... tak moi drodzy, dobrze myślicie - MYSZ!

YYYYŁ !

Po sprawnych oględzinach odkryłam, że w każdym rogu mej komnaty znajduje się dziura! A to chamówy. Mój współlokator twierdzi, że skoro nie ma jedzenia, to nie wrócą. Jakoś brak mi pewności i namówiłam go, żeby jednak coś tam wsadził. W końcu w dziurę została wsadzona skarpeta, przygnieciona potem cegłą, ale ona też nie dała mi 100% pewności. Z myszami nigdy nic nie wiadomo... Dzisiaj w nocy chyba zsikam się ze strachu. Co ja zrobię na widok wielkiego pająka, skoro tak się boję głupiej myszy? ;) Australii się zachciało!




Ale będę walczyć! 

:-D



czwartek, 28 maja 2015

Jak się robi żyrandole?


Hej ho!

Dzisiaj notka, na którą wszyscy czekaliście! 

Jak trafiłam do zakładu szklarskiego?
Jak się robi żyrandole?
Czy umiem skracać kable?

Dowiecie się właśnie teraz!


Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o żyrandolach, ale baliście się zapytać, czyli....


CHANDELIEEEEEEEER ! :)))







Piosenka była od samego początku tematem przewodnim mojej 3-tygodniowej pracy w szklarskim studio. Jak się dostaje pracę przy tworzeniu żyrandola? Oczywiście przez przypadek.

W hostelu, o którym tyle opowiadałam działa takie coś jak Work Center, gdzie można się zapisać, zapłacić i center podsyła Wam potem ogłoszenia o pracę. Zazwyczaj nikt z tego nie korzysta, jedynie nowoprzyjezdni, którzy naiwnie wierzą, że warto. Realia są takie, że ludzie z biura wyszukują oferty pracy z gumtree, kopiują linka i wrzucają w zbiorczego maila do subskrybentów, czyli lipa, bo każdy i tak i tak szuka też pracy na gumtree. 

Jednym z takich naiwnych był Francuz. Zdarzyła się jednak zaskakująca sytuacja - ktoś zadzwonił do biura, że potrzebuje pracownika na już. Kobieta pobiegła do kuchni, złapała Francuza, krzycząc: "Chcesz pracować?", w odpowiedzi usłyszała radosne "Tak tak!" i po 5 minutach ten już biegł na pociąg, który przetransportował go do nieznanego miejsca pracy. Jak widać, Francuz miał niemałe szczęście, bo takie akcje w work center zdarzają się bardzo rzadko - subskrypcja jednak się opłaciła! 

Po jego pierwszym dniu pracy okazało się, że jeden człowiek sobie ze wszystkimi szklanymi kulkami nie poradzi i potrzebują jednej, dodatkowej osoby. Tak Francuz wkręcił mnie i następnego dnia jechaliśmy już razem ciuchcią, aby zmierzyć się z nowym wyzwaniem (niedługo jechaliśmy, bo to tylko parę stacji od naszego hostelu). 

Studio okazało się całkiem sympatycznym miejscem, w którym oprócz właściciela-wizjonera, pracował koleś pochodzący z Hong Kongu, który tłumaczył nam jak mamy robić żyrandole i reklamował nam wietnamskie zupy, dziewczyna z Filipin, która odbierała telefony, a tak naprawdę chce zostać psychoterapeutą i jeszcze jeden koleś, który miał dziadków z Polski i to jedyne, co wiedział o naszym kraju - on z kolei korzystał ze swych cennych umiejętności, aby opylić klientom którąś z designerskich lamp wiszących. Wszyscy sympatyczni, oprócz naszej stawki godzinowej, która znów wynosiła 15$, co przypominam jest poniżej minimalnej, legalnej stawki...

Tak na marginesie, dzień wcześniej pytałam w work center o pracę, ale powiedzieli mi, że wszystkie oferty jakie mają są dla mężczyzn. A tu się okazało, że w swojej nowej męskiej robocie byłam całkiem niezła. Tajemnicą mojego talentu okazały się długie, szczupłe palce, które z łatwością wchodziły w szklaną kulę i przesadzały przez nią kabel :) W związku z tym, że tylko mi się to udawało, musiałam robić to codziennie po 8 godzin dziennie... jupi :/ 



PRODUKCJA ŻYRANDOLA 
w 10 etapach



I ETAP:
Montowanie w kulach mechanizmu, dzięki któremu będzie można przełożyć przez nie kabel. To zadanie należało do Francuza, który sprytnie operował obcęgami. Ja przejmowałam od niego rezultaty jego pracy.

II ETAP: 
Umieszczanie kul na kablach - na niektórych miały znaleźć się dwie kulki (łączna wysokość 20 cm), a na niektórych trzy (wys. 30 cm). Ten etap robiłam cały tydzień i gdyby nie:
- rozmowy z kolesiem z Hong Kongu o Polsce i Hong Kongu i o szansach znalezienia dziewczyny w Polsce przez człowieka z Hong Kongu
- muzyka w tle
- wspólne z Francuzem narzekanie na tę nudną pracę 

to bym oszalała :) 

III ETAP: 
Skracanie kabli do odpowiedniej długości i umieszczanie LED w odpowiednich miejscach - kierowanie się ścisłą instrukcją. Nauczyłam się operować obcinaczem do kabli i jego nazwy po angielsku - the wire stripper :) Niestety skracanie kabli nieznanym mi narzędziem nie szło mi tak sprawnie jak poprzednie czynności, ale wszyscy mi kibicowali i jakoś dotrwałam do końca :)






IV ETAP:
W międzyczasie, gdy ja operowałam obcinaczem i marzyłam o końcu, Francuz wycinał takie cosie, na kształt szkła, które czekało już gotowe. 

V ETAP: 
Najbardziej odpowiedzialny, przy którym serce mi było szybciej. Musiałam wziąć te cosie, wycisnąć silikon, klej czy co to było, przykleić do tego szkło, równiuteńko, po czym podnieść to do góry, spojrzeć przez dziurki i poprawić w powietrzu. Jakby mi to spadło....szkło się zbiło... do tej pory ciarki mi przechodzą ;) Ale moje sprawne ręce o dziwo nie zrobiły mi żadnego numeru :) 

VI ETAP:
Na tych cosiach zawieszaliśmy kulki, w ściśle określonej kolejności - efekt możecie zobaczyć poniżej :) Te kable trzeba było połączyć w taki sposób, żeby lampki się potem paliły :) Tu dostałam lekcję elektryki - plus, minus, przypalanie, obklejanie, kabel taki, kabel owaki. Fajnie było, ale tylko przez godzinę... potem miałam kryzys, nic mi się już nie chciało. Mimo, że zawód elektryka wydaje się całkiem ciekawy, chyba jednak nie jest dla mnie. Marzyłam o jak najszybszym zawieszeniu chandeliera...




VII ETAP:

WIEZIEMY! Juhuuu. Zapakowaliśmy wszystko do vana i jedziemy! Hura, cieszą się robole, jak szybko dobrze pójdzie, dziś już wszystko skończymy. Francuz kieruje, ja z boku, radość, uniesienie, robię zdjęcia, śpiewam, rozpraszam Francuza, którego spotkał ostry zakręt... ŁUP

.....
.....
yyyy.....
......
co to było?
.....
Francuz parkuje.....
....
....
obracam się....
......
Kulki się przewróciły, jeden stół na drugi.....
.....
O FUCK!!!
O KUR**!!!
O PUTAIN!!!
.....
.....


W ten sposób pobiliśmy kulki, które dopiero co zawiesiliśmy... Na szczęście nie wszystkie, ale dosyć dużo. Lipca była, że hej... Normalnie, z miejsca koleś by nas zwolnił, ale że chyba był buddystą to przyjął to ze spokojem :)


5 sekund przed pobiciem


VIII ETAP:

Strata jednego dnia na poprawianie zbitych kulek.

IX ETAP:

Zawieszanie! Prawie koniec!!!!

X ETAP:

RADOŚĆ I SATYSFAKCJA!!!!!!!!!!!! I ZDZIWIENIE, że wszystko działa... przecież ja nie umiem łączyć kabli :) 

Tak naprawdę nie był to jeden żyrandol, a trzy i kosztowały w sumie, jak dobrze pamiętam, jakieś 20 tysięcy dolarów!!! Efekt końcowy poniżej :) 

Co za miejsce mogło sobie pozwolić na taki luksus? 
Centrum Rozrywki Emerytów.


Pozdrawiam





piątek, 22 maja 2015

Jak brzmi Melbourne?


I jakie są najfajniejsze morskie zwierzęta, które można zobaczyć w spornawym akwarium Sea Life, zobaczycie poniżej na filmie :) Dorzucam jeszcze parę ładniutkich foteczek z plaży w St Kilda - ostatnio częściej tam bywam, bo dostałam tam przeciekawą pracę. Tak - dobrze wyczuwacie ironię. 

Film dedykuję Agatce, która chciałaby być rybą i która prosiła o papugi. 

A i ludziska, byłoby super jakbyście czasem coś skomentowali, pytali o co chcecie, dawali znak, że żyjecie i to czytacie. Dostałabym motywujący feedback :) Patrzcie - Agata prosiła o papugi i dostała papugi :) Trochę z opóźnieniem i do tego słabo je widać, ale są :) 

Ryba piła rządzi!