wtorek, 15 września 2015

Żegnaj Melbourne, witaj przygodo!


Na MITROfonie nowe nagranie!

Znowu rozgadałam się w drodze do pracy...

Jakie emocje towarzyszyły mi życiu w Melbourne, jakie pojawiają się przy opuszczaniu tego miasta po siedmiu miesiącach i co czuję na myśl o zbliżającej się podróży? Co się teraz będzie działo? Dokąd jadę? :)

Możecie posłuchać tutaj, nie krępujcie się przewijać nudne fragmenty :)

http://mixlr.com/mitrofon/showreel/wyjezdzam-z-melbourne/



P.S. Muszę podzielić się z Wami moim ukochanym widokiem na Grampiany (góry na zachód od Melb), które odwiedziłam 2 tygodnie temu. Zakochałam się <3






Gorąco pozdrawiam,


Magda


czwartek, 10 września 2015

Moje najlepsze urodziny



Chciałabym opowiedzieć Wam o moich najlepszych urodzinach. To były dwudzieste drugie. Rok akademicki 2010/2011 spędzałam we Francji na wymianie studenckiej. Był to rok pełen nowych znajomości, fajnych imprez, nauki na uczelni nawet też, ale przede wszystkim podróży. Ze stałą ekipą jeździliśmy tak dużo jak tylko się dało, wyszukując jak najtańsze środki transportu, noclegi i najlepsze promocje w lidlu.

Cały rok pełen wycieczek musieliśmy zakończyć istną wisienką na torcie. Kupiliśmy super tanie bilety do Maroka z Hiszpanii, do której dojechaliśmy autostopem. W końcu polecieliśmy w pięć osób: my trzy Polki oraz naszych dwóch najlepszych kolegów ze studiów - Balkan i Umit z Turcji, w trakcie podróży dołączył do nas kolejny kolega tym razem z Meksyku - Lalo.

Nasi koledzy z Turcji, są niesamowicie otwarci i cały rok we Francji obserwowaliśmy z jaką ogromną łatwością nawiązują kontakty. Za to ich kochamy :) W Maroku nie było inaczej. Zaraz po wylądowaniu zapoznali Ahmeda, który pracował na lotnisku i który okazał się naszym aniołem z nieba. Kilka godzin później okazało się, że nasz couchsurfer, który miał nas przyjąć w Fez wystawił nas do wiatru i nie mieliśmy gdzie spać. Wtedy Turcy za telefon i zadzwonili do Ahmeda, który dał im wcześniej numer telefonu na wszelki wypadek i bardzo chętnie przyjął nas do swojego domu. 

Ahmed mieszkał w niewielkim mieszkaniu - dwie małe sypialnie, salon i maleńka kuchnia - z rodzicami i trzema siostrami. Do domu przyjęli całą naszą piątkę. Wszyscy spaliśmy ściśnięci na ich kanapach i łóżkach - Ahmed na podłodze. Mieliśmy u nich zostać jeden dzień, ale koniecznie chcieli, żebyśmy zostali jeszcze dzień dłużej. W ciągu tych dwóch dni traktowali nas jak bogów. 

Mama Ahmeda całe 2 dni od rana do wieczora gotowała nam najlepsze, tradycyjne, obfite marokańskie dania. Kiedy z trudem udawało nam się dojeść wielką porcję z talerza, bez wahania dokładała drugie tyle, a jak nie mogliśmy już jeść, to: “Nie smakuje Wam?” (polska babcia staje nam przed oczami). Przez 2 dni zjedliśmy więcej niż na święta Bożego Narodzenia, bez porównania.

Ojciec Ahmeda był taksówkarzem i nie poszedł następnego dnia do pracy tylko po to, żeby spędzić z nami czas. Babcia Ahmeda zaprosiła nas do swojego domu, żeby nas poznać, a tam znowu jedliśmy, jedliśmy i jedliśmy :) 






Z siostrami Ahmeda poszłyśmy do pobliskiej tradycyjnej łaźni, ale nie jakiejś tam zrobionej pod turystów jak te w Stambule, ale takiej zupełnie podstawowej i prawdziwej. Zarówno siostry Ahmeda, jak i my trzy Polki, byłyśmy niesamowicie podekscytowane, że możemy być z nimi w takim miejscu i pożyć przez chwilę ich życiem. W międzyczasie siostry usłyszały jak dziewczyny składają mi urodzinowe życzenia...

Byliśmy padnięci po całym dniu wrażeń - hammam, wizyta u babci i wyskok na bazar, nasze brzuchy pękały, ale mimo to, i tak w domu czekała na nas mama Ahmeda z kolacją. Jedliśmy i jedliśmy, jedzenie było kosmicznie pyszne, po jednej potrawie następna i następna, wszystko trwało do późna, wszyscy byli zmęczeni, ale mama wciąż pichciła coś w kuchni. “Dlaczego nie idziemy jeszcze spać?” chodziło mi po głowie, patrząc na zaspane oczy taty Ahmeda. 

Wszystko stało się jasne w momencie, kiedy mama wniosła do pokoju tort ze świeczkami! Urodzinowy :) Dla mnie :) Co za euforia! Cała rodzina czekała, aż mama domu upiecze dla mnie tort! I wtedy to dopiero zaczęła się impreza - życzenia, muzyka, tańce, najmłodsza z sióstr zrobiła pokaz tańca brzucha i jeszcze dostałam od rodziny prezent w postaci marokańskiego tażina - tradycyjnego naczynia do przyrządzania pysznych potraw :) (jak możecie się domyślać, jeszcze nie nauczyłam się go używać i boję się wsadzić go do piekarnika, żeby nie zepsuć pamiątki)

Nie jestem w stanie opisać, co wtedy czułam. Zupełnie wyjątkowo? To za mało. Nigdy nie spotkałam się z taką gościnnością jak u rodziny Ahmeda. Szok, że tak można przyjąć zupełnie obce osoby do swojego domu. Nasz turecki kolega Umit podsumował: “W islamie mówimy, że gdy do domu przychodzą goście, do domu przychodzi Allah”. 

Nagle polskie “Gość w dom, Bóg w dom” staje się tylko pustym frazesem.

Miałam w przeszłości jeszcze inne wyjątkowe urodziny - 10 czerwca 1999 roku do mojej wioski przyjechał Jan Paweł II. Ale nie były to najlepsze urodziny, bo mając 10 lat, jeszcze nie rozumiałam jak mówił: 
"Jak można kochać Boga który jest niewidzialny, nie kochając człowieka który jest obok nas.”  

Zrozumiałam dopiero w domu muzułmanów. 




Pozdrawiam,
Magda

czwartek, 13 sierpnia 2015

Great Ocean Road


Siemka!


Już od dłuższego czasu na platformie radiowej widnieje nagranie o 3-dniowym tripie, którego sobie zaserwowałyśmy (albo zasurfowałyśmy) na Great Ocean Road! O tym jak było wspaniale, cudownie,  pięknie, niesamowicie możecie posłuchać klikając w poniższego linka :)

Cz. 1

Cz. 2


Oprócz tego poniżej zamieszczam kilka ślicznych foteczek, które i tak oddają zaledwie ok. 20% napotkanego tam piękna natury. 


Pozdrawiam i życzę więcej działania, mniej narzekania!

M.












Tam był kawałek wieloryba!







Znajdź dwie papugi!


Świętujemy 6 miesięcy do świąt w lokalnej knajpce:)

Widok z hostelu







A tam siedzi koala :)




12 apostołów






Dużo Azjatów na szlaku









piątek, 31 lipca 2015

MITROfon, czyli Magda na antenie

Hej hej!

Nie chce mi się pisać, dlatego będę teraz mówić :)

Z góry przepraszam (sorry from the mountain) za moje podstawowe umiejętności bycia radiowcem. Często mówię nielogicznie, gubię się, nie pamiętam, o czym mówiłam, zbyt często robię YYY, a mój głos bardzo zmienia się w zależności od mojej pozycji - siedzącej, chodzącej lub biegającej. 

Nigdy nie nagrywałam niczego podobnego, oprócz zabaw w podstawówce, kiedy to nagrywało się durnoty na KASETĘ, a potem wstydziło się swojego głosu :)

Ale nie powiem, że wszystkie te elementy to problem, bo mnie na studiach nauczyli, że słowo problem należy zastępować słowem WYZWANIE :) Może to być dla mnie niezła szkoła ładnego i logicznego mówienia. Po odsłuchaniu kilku nagrań zauważyłam już, że:

1. Gdy zbytnio się podekscytuję, mój głos jest irytująco wysoki, mówię nieskładnie, za szybko i jak tego słucham to sama nie wiem, co chciałam Wam przekazać :) 
2. Tak samo zmieniam głos jak idę ulicą, bo mi się wydaje, że muszę krzyczeć, żebyście mnie usłyszeli. Siedząc w tramwaju, o wiele bardziej się skupiam na mówieniu!
3. Stanowczo za dużo tego głupkowatego śmiechu - dziękuję Hubercie! :)
4. Ciągle robię irytujące i denujące YYY.
5. Przed każdym nagraniem powinnam się uspokoić, wyciszyć i skupić, wtedy będzie git! 
6. A i nagranie godzinne jest stanowczo zbyt dłuuuugie ;) 

Na razie z tego, co nagrałam polecam jedynie nagranie WCIĄŻ W MELB, które jest najbardziej logiczne :) Albo trzecia część o Phillip Island też jest w miarę!

Na nagranie wykorzystuje czas wolny w drodze do pracy, jestem wtedy na antenie LIVE, lecz niestety z powodu różnicy czasu, nie możecie wtedy słuchać, bo śpicie :( Ale już wkrótce będzie audycja wieczorna, czyli dla Was popołudniowa i wtedy będziecie mogli na bieżąco komentować, a także pojawią się elementy muzyczne, bo będę nagrywać na komputerze, yeah!

Tu jest link do strony, gdzie znajdziecie listę nagrań. Jak rozkminię jak to zrobić, to wkleję poszczególne nagrania tu na stronę. Tymczasem łapcie linka:


Możecie też kliknąć w banner po prawej stronie bloga, który kieruje na moje radio, gdzie jest chat (!) a po lewej link do showreela, gdzie znajdują się nagrania.



No i bosko! 

Pozdro

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Dzika zwierzyna, czyli mieszkam na Antypodach


Dziś w nocy przypomniałam sobie, że mieszkam w Australii. Mieszkając w takim mieście jak Melbourne czasami się zapomina - ni węża, ni pająka, nudy.

Nudy??? Żadne nudy!!! Kurde, ja pierdzielę! Ja chcę te nudy!

Od paru dni w nocy zaczęło mnie budzić jakieś skrobanie w rogu mojego pokoju, tuż przy mojej głowie. Wcześniej tak cicho tylko, ale dziś w nocy skrobanie przeszło samo siebie, jeżeli to możliwe, że skrobanie może przejść samo siebie... Raczej źródło skrobania przeszło samo siebie, bo przestało skrobać, a wręcz wdzierać się (przynajmniej tak mi się wydawało w nocy) przez wykładzinę do mojego pokoju.

Myślałam, że zwariuję, tak się bałam, że nawet bałam się zapalić światło i spojrzeć w szparę między łóżkiem a ścianą, więc siedziałam nieruchomo dobre pół godziny w ciemności i nasłuchiwałam stworzenia, które w przeciwieństwie do mnie nieruchome nie było. Próbowałam odgadnąć, co to za zwierzę, wyobrażałam sobie największe straszydła, potwory, chodzące, pełzające, latające, we wszystkich kolorach tęczy i z każdym rodzajem uzębienia.

W końcu zebrałam się na odwagę rozjaśnić pokój światłem telefonu przygotowana na ujrzenie na ścianie pająka wielkości głowy, ale stety niestety nic nie zobaczyłam. W końcu przełożyłam się na drugą stronę łóżka, ułożyłam jak najdalej od tajemniczych odgłosów i otuliłam się tak mocno, żeby żadna kreatura nie zdołała wejść mi pod pierzynę.

Przeżyłam.

Nieco skołowana, szybko się ogarnęłam i wzięłam się za ogarnianie pokoju. Już dawno postanowiłam przestawić wielkie łóżko na drugą stronę pokoiku, jak najdalej od okna, które wiało chłodem każdej nocy. Po dzisiejszej nocy nie miałam wątpliwości, że postanowienie muszę wprowadzić w czyn skoro okno to także miejsce wściekłych gryzoni.

Udało mi się odsunąć łoże, wspominając przy tym mamine historie o jej znajomych z przepukliną ("Nie przesuwaj sama mebli, bo dostaniesz przepukliny jak..."). Strach przed gryzoniem pokonał strach przed przepukliną.

Wiecie co zobaczyłam po odsunięciu łóżka?

TO:




Herbatniki, które spadły mi kiedyś z łóżka i o nich zapomniałam!

Jak widać na załączonym obrazku jeden z herbatników jest znacząco nadgryziony. Ślady uzębienia pozwalają przypuszczać, iż nie było to uzębienie ludzkie, acz zwierzęce. Fakt ten potwierdza przypuszczenia, iż w nocy do mojego pokoju przez dziurę w rogu wdarła się... tak moi drodzy, dobrze myślicie - MYSZ!

YYYYŁ !

Po sprawnych oględzinach odkryłam, że w każdym rogu mej komnaty znajduje się dziura! A to chamówy. Mój współlokator twierdzi, że skoro nie ma jedzenia, to nie wrócą. Jakoś brak mi pewności i namówiłam go, żeby jednak coś tam wsadził. W końcu w dziurę została wsadzona skarpeta, przygnieciona potem cegłą, ale ona też nie dała mi 100% pewności. Z myszami nigdy nic nie wiadomo... Dzisiaj w nocy chyba zsikam się ze strachu. Co ja zrobię na widok wielkiego pająka, skoro tak się boję głupiej myszy? ;) Australii się zachciało!




Ale będę walczyć! 

:-D



czwartek, 28 maja 2015

Jak się robi żyrandole?


Hej ho!

Dzisiaj notka, na którą wszyscy czekaliście! 

Jak trafiłam do zakładu szklarskiego?
Jak się robi żyrandole?
Czy umiem skracać kable?

Dowiecie się właśnie teraz!


Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o żyrandolach, ale baliście się zapytać, czyli....


CHANDELIEEEEEEEER ! :)))







Piosenka była od samego początku tematem przewodnim mojej 3-tygodniowej pracy w szklarskim studio. Jak się dostaje pracę przy tworzeniu żyrandola? Oczywiście przez przypadek.

W hostelu, o którym tyle opowiadałam działa takie coś jak Work Center, gdzie można się zapisać, zapłacić i center podsyła Wam potem ogłoszenia o pracę. Zazwyczaj nikt z tego nie korzysta, jedynie nowoprzyjezdni, którzy naiwnie wierzą, że warto. Realia są takie, że ludzie z biura wyszukują oferty pracy z gumtree, kopiują linka i wrzucają w zbiorczego maila do subskrybentów, czyli lipa, bo każdy i tak i tak szuka też pracy na gumtree. 

Jednym z takich naiwnych był Francuz. Zdarzyła się jednak zaskakująca sytuacja - ktoś zadzwonił do biura, że potrzebuje pracownika na już. Kobieta pobiegła do kuchni, złapała Francuza, krzycząc: "Chcesz pracować?", w odpowiedzi usłyszała radosne "Tak tak!" i po 5 minutach ten już biegł na pociąg, który przetransportował go do nieznanego miejsca pracy. Jak widać, Francuz miał niemałe szczęście, bo takie akcje w work center zdarzają się bardzo rzadko - subskrypcja jednak się opłaciła! 

Po jego pierwszym dniu pracy okazało się, że jeden człowiek sobie ze wszystkimi szklanymi kulkami nie poradzi i potrzebują jednej, dodatkowej osoby. Tak Francuz wkręcił mnie i następnego dnia jechaliśmy już razem ciuchcią, aby zmierzyć się z nowym wyzwaniem (niedługo jechaliśmy, bo to tylko parę stacji od naszego hostelu). 

Studio okazało się całkiem sympatycznym miejscem, w którym oprócz właściciela-wizjonera, pracował koleś pochodzący z Hong Kongu, który tłumaczył nam jak mamy robić żyrandole i reklamował nam wietnamskie zupy, dziewczyna z Filipin, która odbierała telefony, a tak naprawdę chce zostać psychoterapeutą i jeszcze jeden koleś, który miał dziadków z Polski i to jedyne, co wiedział o naszym kraju - on z kolei korzystał ze swych cennych umiejętności, aby opylić klientom którąś z designerskich lamp wiszących. Wszyscy sympatyczni, oprócz naszej stawki godzinowej, która znów wynosiła 15$, co przypominam jest poniżej minimalnej, legalnej stawki...

Tak na marginesie, dzień wcześniej pytałam w work center o pracę, ale powiedzieli mi, że wszystkie oferty jakie mają są dla mężczyzn. A tu się okazało, że w swojej nowej męskiej robocie byłam całkiem niezła. Tajemnicą mojego talentu okazały się długie, szczupłe palce, które z łatwością wchodziły w szklaną kulę i przesadzały przez nią kabel :) W związku z tym, że tylko mi się to udawało, musiałam robić to codziennie po 8 godzin dziennie... jupi :/ 



PRODUKCJA ŻYRANDOLA 
w 10 etapach



I ETAP:
Montowanie w kulach mechanizmu, dzięki któremu będzie można przełożyć przez nie kabel. To zadanie należało do Francuza, który sprytnie operował obcęgami. Ja przejmowałam od niego rezultaty jego pracy.

II ETAP: 
Umieszczanie kul na kablach - na niektórych miały znaleźć się dwie kulki (łączna wysokość 20 cm), a na niektórych trzy (wys. 30 cm). Ten etap robiłam cały tydzień i gdyby nie:
- rozmowy z kolesiem z Hong Kongu o Polsce i Hong Kongu i o szansach znalezienia dziewczyny w Polsce przez człowieka z Hong Kongu
- muzyka w tle
- wspólne z Francuzem narzekanie na tę nudną pracę 

to bym oszalała :) 

III ETAP: 
Skracanie kabli do odpowiedniej długości i umieszczanie LED w odpowiednich miejscach - kierowanie się ścisłą instrukcją. Nauczyłam się operować obcinaczem do kabli i jego nazwy po angielsku - the wire stripper :) Niestety skracanie kabli nieznanym mi narzędziem nie szło mi tak sprawnie jak poprzednie czynności, ale wszyscy mi kibicowali i jakoś dotrwałam do końca :)






IV ETAP:
W międzyczasie, gdy ja operowałam obcinaczem i marzyłam o końcu, Francuz wycinał takie cosie, na kształt szkła, które czekało już gotowe. 

V ETAP: 
Najbardziej odpowiedzialny, przy którym serce mi było szybciej. Musiałam wziąć te cosie, wycisnąć silikon, klej czy co to było, przykleić do tego szkło, równiuteńko, po czym podnieść to do góry, spojrzeć przez dziurki i poprawić w powietrzu. Jakby mi to spadło....szkło się zbiło... do tej pory ciarki mi przechodzą ;) Ale moje sprawne ręce o dziwo nie zrobiły mi żadnego numeru :) 

VI ETAP:
Na tych cosiach zawieszaliśmy kulki, w ściśle określonej kolejności - efekt możecie zobaczyć poniżej :) Te kable trzeba było połączyć w taki sposób, żeby lampki się potem paliły :) Tu dostałam lekcję elektryki - plus, minus, przypalanie, obklejanie, kabel taki, kabel owaki. Fajnie było, ale tylko przez godzinę... potem miałam kryzys, nic mi się już nie chciało. Mimo, że zawód elektryka wydaje się całkiem ciekawy, chyba jednak nie jest dla mnie. Marzyłam o jak najszybszym zawieszeniu chandeliera...




VII ETAP:

WIEZIEMY! Juhuuu. Zapakowaliśmy wszystko do vana i jedziemy! Hura, cieszą się robole, jak szybko dobrze pójdzie, dziś już wszystko skończymy. Francuz kieruje, ja z boku, radość, uniesienie, robię zdjęcia, śpiewam, rozpraszam Francuza, którego spotkał ostry zakręt... ŁUP

.....
.....
yyyy.....
......
co to było?
.....
Francuz parkuje.....
....
....
obracam się....
......
Kulki się przewróciły, jeden stół na drugi.....
.....
O FUCK!!!
O KUR**!!!
O PUTAIN!!!
.....
.....


W ten sposób pobiliśmy kulki, które dopiero co zawiesiliśmy... Na szczęście nie wszystkie, ale dosyć dużo. Lipca była, że hej... Normalnie, z miejsca koleś by nas zwolnił, ale że chyba był buddystą to przyjął to ze spokojem :)


5 sekund przed pobiciem


VIII ETAP:

Strata jednego dnia na poprawianie zbitych kulek.

IX ETAP:

Zawieszanie! Prawie koniec!!!!

X ETAP:

RADOŚĆ I SATYSFAKCJA!!!!!!!!!!!! I ZDZIWIENIE, że wszystko działa... przecież ja nie umiem łączyć kabli :) 

Tak naprawdę nie był to jeden żyrandol, a trzy i kosztowały w sumie, jak dobrze pamiętam, jakieś 20 tysięcy dolarów!!! Efekt końcowy poniżej :) 

Co za miejsce mogło sobie pozwolić na taki luksus? 
Centrum Rozrywki Emerytów.


Pozdrawiam





piątek, 22 maja 2015

Jak brzmi Melbourne?


I jakie są najfajniejsze morskie zwierzęta, które można zobaczyć w spornawym akwarium Sea Life, zobaczycie poniżej na filmie :) Dorzucam jeszcze parę ładniutkich foteczek z plaży w St Kilda - ostatnio częściej tam bywam, bo dostałam tam przeciekawą pracę. Tak - dobrze wyczuwacie ironię. 

Film dedykuję Agatce, która chciałaby być rybą i która prosiła o papugi. 

A i ludziska, byłoby super jakbyście czasem coś skomentowali, pytali o co chcecie, dawali znak, że żyjecie i to czytacie. Dostałabym motywujący feedback :) Patrzcie - Agata prosiła o papugi i dostała papugi :) Trochę z opóźnieniem i do tego słabo je widać, ale są :) 

Ryba piła rządzi!